?To nie do końca laurka? ? Iwona Śledzińska-Katarasińska o filmie ?Wałęsa. Człowiek z nadziei?

2013.09.24

4 października do kin trafi najnowszy film Andrzeja Wajdy “Wałęsa.

Człowiek z nadziei”. Obraz został rewelacyjnie przyjęty w Wenecji. W Polsce już w czasie kręcenia zdjęć wzbudzał wiele emocji. W sobotę 21 września w Teatrze Wielkim miała miejsce polska premiera „Wałęsy”. Uczestniczyła w niej m.in. przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska-Katarasińska, z którą rozmawiał Bartosz Nowakowski.

 

- Krytycy piszą niemalże jednogłośnie: „Wałęsa” to wielki film. Zgadza się pani z tą opinią? Jakie są pani pierwsze wrażenia po obejrzeniu dzieła Wajdy?

 

- Zacznę od tego, że idąc na premierę strasznie się bałam. Bałam się, że powstał film pomnikowy, który nie wszystkim może się podobać mimo, że Lech Wałęsa z pewnością na film zasługuje. Tymczasem zobaczyłam naprawdę wielki film o rodzeniu się „Solidarności” i o tym, jak w latach 70. i 80. dojrzewał Lech Wałęsa, w jaki sposób stawał się liderem, człowiekiem, który dokonał ogromnego przewrotu. Pokazano, jaka zmiana dokonuje się w nim pod wpływem ludzi i wydarzeń, jak dorasta do roli przywódcy.

 

- Sam Lech Wałęsa o filmie wypowiadał się pozytywnie, zarzucał jednak trochę Robertowi Więckiewiczowi, że ten przedstawił go jako bufona, którym w rzeczywistości nie był. „Wałęsa” nie jest zatem laurką dla przywódcy „Solidarności”.

 

- Zdecydowanie nie. Jest w „Wałęsie” wiele zabawnych scen i dialogów. Po projekcji serdecznie pogratulowałam Januszowi Głowackiemu, że udało mu się obronić taki temat i taki scenariusz. Więckiewicz wybrał konwencję upodobnienia się do Wałęsy. Inaczej jest tam potraktowana postać Danuty – Agnieszka Grochowska po prostu zagrała. Na początku filmu trochę mnie kreacja Więckiewicza raziła, ale z czasem obserwowałam jego przemianę. A że Wałęsie niełatwo się ten film oglądało – to normalne w sytuacji, gdy ogląda się obraz o sobie i nie jest on do końca laurką.

 

- Nie zabrakło pani szerszego odwołania do innych, ważnych dla tamtego czasu postaci?

 

- Może jest to zasługa mojej osobistej projekcji, ale ja ich wewnętrznie widziałam.

 

- Recenzenci bezsprzecznie chwalą Więckiewicza i Grochowską, podkreślając jednocześnie, ze to filmowy Lech Wałęsa „kradnie show”. Przy upodabnianiu się do tak charakterystycznej postaci istnieje jednak niebezpieczeństwo otarcia się o parodię.

 

- Jeśli parodia kończy się wystąpieniem w Kongresie Stanów Zjednoczonych… Ten film po prostu trzeba przeżyć. Ja sama miałam do niego bardzo emocjonalny stosunek. Po pierwsze dlatego, że na widowni siedzieli ludzie, o których także – nawet jeśli tylko w sposób pośredni – był ten film. Po drugie, dla mojego pokolenia to jakby odwijanie się taśmy pamięci – to wszystko działo się naprawdę, a my w tym uczestniczyliśmy. Gdy na ekranie pojawiały się fragmenty programów telewizyjnych czy radiowych, sceny strajków, Porozumień Sierpniowych, zachowania ubecji, w głowie włączała mi się myśl: przecież ja w tym wszystkim byłam, a teraz widzę to na filmie.

 

- Słyszałem także obawy, że z konfrontacji dwóch wybitnych osobowości – Wałęsy i Wajdy – nie musi wcale powstać dobry film. Łatwo się potknąć, gdy wielki reżyser podejmuje trudny temat, z którym jest dodatkowo związany.

 

- Wajda zrobił film o tym, jaki przełom dokonał się w ludziach, sam też w tym wszystkim brał udział. Ja cały czas patrzę na „Wałęsę” z perspektywy uniwersalnej, podobnie patrzyłam na „Człowieka z marmuru” i „Człowieka z żelaza”. Być może nie jestem obiektywna, ale specjalnie poszłam na ten film z 20-latkiem, który wyszedł z projekcji zachwycony. To jest historia młodym ludziom bliska, której dotykają, ale nie do końca ją znają. Smutne jest to, że dziś o tamtej „Solidarności” zapomnieliśmy, że tak ją opluliśmy, że tak naprawdę nie rozumiemy, co się wtedy wydarzyło. Rzeczywiście, Wajda podjął się próby karkołomnej, ale udanej. Wałęsa z kolei miał świadomość, że ten film jest potrzebny. I myślę, że jest zadowolony z efektu. Widać, że czuł się świetnie, gdy nagradzano go owacjami na stojąco.

 

- „Wałęsa. Człowiek z nadziei” to oficjalny polski kandydat do Oscara. Argumentacja jest prosta – Wajda i Wałęsa to nasze nazwiska eksportowe, dlatego też promocja takiego filmu będzie łatwiejsza.

 

- W Oscarach nie zawsze chodzi o czysty film, często zwycięża temat albo bohater. Tu mamy wszystko: jest Wałęsa, który jest na świecie postacią niezwykle cenioną, jest Wajda, który jest bardzo znanym reżyserem. Jest wreszcie temat, który nadal jest żywy w świecie zachodnim, gdzie ludzie postrzegają „Solidarność” jako niewiarygodne zwycięstwo. Dlatego uważam, że wybór jest dobry.

 

- Lech Wałęsa nie ingerował za bardzo w produkcję filmu. To dobrze?

- Bardzo dobrze, bo inaczej by tego filmu nie zrobili. Wałęsa to dyktator, ale tylko człowiek z takim charakterem mógł odnieść zwycięstwo. Bohaterów było wtedy wielu, ale wydaje mi się, że wszyscy oni potrzebowali takiego Wałęsy, który – dzięki odwadze i swego rodzaju bucie – doprowadził do finału.

 

zdjęcia : Akson Studio

 



« Wróć